Cytaty

Moderatorzy: Nightchill, Dhuaine, Andrzej Miszkurka, Kalriem

Postautor: Odyn » 03 września 2011, 23:46 - sob

– Popularność jest przekleństwem – stwierdził Iskaral, przeciągając się z rękami nad głową. Wbił wzrok w naciągnięte sznury wiszącego nad nim hamaka. – No, ale ona nic o tym nie wie. Najlepiej będzie, jak odwiedzę miejscową świątynię, by zdobyć tyrańską dominację nad wszystkimi akolitami, a także fakirami, którzy każą się zwać kapłanami i kapłankami. Kapłanki! Może jedna albo dwie będą ładne. Jako wielki kapłan mam prawo wyboru. Złożę ofiary Cieniowi między jej nogami, tak jest...
– Dowiem się o tym, Iskaralu Krost – warknęła Mogora, przesuwając się na hamaku nad nim. – Dowiem się, wezmę w rękę nóż, pewnej nocy, gdy będziesz spał, i ciach, ciach będziesz śpiewał jak dziecko i siusiał w kucki. Jaka kobieta albo mulica cię wtedy zechce?
– Wyłaź z mojej głowy, jędzo!
– Nietrudno jest zgadnąć, o czym myślisz.
– Tak ci się zdaje? Robi się coraz bardziej niebezpieczna, konieczny będzie rozwód. Ale czy nie dlatego właśnie większość małżeństw się rozpada? Kiedy kobieta robi się zbyt niebezpieczna? Na pewno. No cóż, wreszcie będę wolny. Wolny!
Muł zaryczał.
Mogora roześmiała się tak gwałtownie, że aż się posikała. To przynajmniej sugerowały skapujące z góry cuchnące krople.
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 03 września 2011, 23:46 - sob

Niewidka odsunęła bosą stopę od krocza Wykałaczki i wyprostowała się powoli.
– Spójrz na tych troje, którzy właśnie przyszli – wyszeptała. – Tylko bądź subtelna.
Wykałaczka skrzywiła się wściekle.
– Czy zawsze musisz mnie zawstydzać w publicznym miejscu, Niewidka?
– Nie bądź głupia. Po prostu promieniejesz...
– Ze wstydu, tak? Popatrz na Nerwusika. Jego gęba wygląda jak spalona na słońcu skorupa kraba!
– Czyli jak zawsze – skwitowała Niewidka.
– Nie dbam o to – odezwał się Nerwusik, oblizując wagi. – Nie dbam o to, co wyprawiacie w miejscu publicznym czy w tym waszym ulubionym pokoju, tym z cienkimi ścianami, skrzypiącym łóżkiem, szczelinami w drzwiach...
– Miałeś naprawić te drzwi – warknęła Wykałaczka, dopiero w tej chwili spoglądając z ukosa na przybyszy. Wzdrygnęła się, a potem pochyliła nad stołem. – Bogowie na dole. Ten posiwiały wygląda znajomo.
– Staram się je naprawić. Słowo. Cały czas nad tym pracuję.
– Ehe, z okiem przy szparze – mruknęła Niewidka. – Myślisz, że nie wiemy, że tam siedzisz? Pocisz się i stękasz jak...
– Cicho! – wysyczała Wykałaczka. – Nie słyszeliście, co powiedziałam? Ten facet...
– Ehe, wygląda zupełnie jak Kalam Mekhar – zgodził się Nerwusik, wbijając nóż w kurzego trupa spoczywającego na talerzu pośrodku stołu. – Ale to nie on. Jest wyższy, silniej umięśniony i ma sympatyczniejszą twarz. – Zmarszczył brwi, szarpiąc wąsa. – Kto powiedział, żebyśmy zjedli tu kolację?
– Ten bard.
– Nasz bard?
– Ehe. Do końca tygodnia.
– Polecił nam ten lokal?
– Powiedział, że powinniśmy tu dziś zjeść kolację. Czy to znaczy, że go nam polecił? Może tak, a może nie. On jest dziwny. Mówił, że lokal zamykają dopiero o świcie.
– Kura była za chuda. Nie wiem, komu kazali ją oskubać, ale ciągle czuję w gębie pióra.
– Miałeś unikać łapek, Nerwusik – przypomniała mu Niewidka. – Nawet ich nie myją.
– Pewnie, że myją! – obruszył się mężczyzna. – To był sos...
– Sos był czerwony. To paskudztwo na łapkach było ciemnobrązowe. Jeśli chcesz mieć powód do wstydu, Wykałaczka, wybierz się z Nerwusikiem na kolację.
– Łapki były najsmaczniejsze – upierał się Falarczyk.
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 03 września 2011, 23:46 - sob

– I co teraz? – zapytał Nerwusik.
– Chyba są spragnieni – stwierdziła Wykałaczka.
– Niepokoi mnie ten cichy – ciągnął Falarczyk. – Ma takie puste spojrzenie, jak najwredniejszy zabójca.
– To półgłówek, Nerwusik – uspokoiła go Niewidka. – Tacy są najgorsi.
– Och, daj spokój. Jest niedorozwinięty, ma umysł dziecka. Popatrz, jak się na wszystko gapi. Spójrz na ten głupi uśmieszek.
– Pewnie tylko gra, Niewidka. Powiedz jej, Wykałaczka, on udaje. To właśnie jest szpon, ten, który nas wszystkich zabije. Zacznie ode mnie, bo ja zawsze mam pecha. Pani nigdy nie chce dla mnie pociągnąć. Już się cały pocę, jakbym się wprawiał do roli trupa. Być trupem to żadna przyjemność, możecie mi wierzyć.
– To tłumaczy te paznokcie – skwitowała Niewidka.
Nerwusik zerknął na nią pytająco.
Kelnerka przyniosła im wielki, gliniany dzban.
– To wino – wyjaśniła. – Od tych trojga przy tamtym stoliku.
– Och, to świetne – żachnęła się Wykałaczka. – Będą się chcieli przekonać, czy je wypijemy. Zawołaj tę dziewkę, Niewidka. Kup im butelkę białego nektaru morelowego. Musimy się odwdzięczyć.
Niewidka zatoczyła oczyma.
– To może uszczuplić nasze sakiewki – zauważyła, wstając.
– Nie będę pił niczego, czego sam nie kupiłem – oznajmił Nerwusik. – Szkoda, że nie ma z nami Niebieskiej Perły. On by zwęszył każdą trutkę. Albo Młotka. Znają trucizny tak tajemne, że nie czuje się smaku ani zapachu. Wystarcza kropla i już jesteś trupem. Nie musisz nawet poczuć wilgoci, wystarczy, że na nią spojrzysz!
– Nerwusik, co ty wygadujesz, w imię Kaptura?
– Słyszałaś mnie, Wyk...
– Nalej mi trochę tego wina. Przekonamy się, czy mają dobry gust.
– Nie dotknę tego dzbanka. Mogli go wysmarować jakimś proszkiem...
– Ale wtedy dziewka musiałaby być ich wspólniczką. Bo jak nie, to już by nie żyła, tak?
– Jak dla mnie to nie wygląda zbyt zdrowo.
– Ty też nie byłbyś zbyt przystojny z takimi naroślami na głowie i szyi.
– Niektóre trucizny używane przez Daru powodują powstawanie guzów...
– Bogowie na dole, Nerwusik! – Wykałaczka uniosła dzbanek, napełniła swój kielich i pociągnęła spory łyk bursztynowego płynu. – No proszę. Całkiem niezłe. Ale muszę z przyjemnością stwierdzić, że mamy w swojej piwnicy lepsze.
Falarczyk przyglądał się jej z uwagą, wytrzeszczając lekko oczy.
Niewidka wróciła do stolika i opadła na krzesło.
– Już jest w drodze – zapewniła. – Jak wino, Wykałaczka?
– Może być. Chcesz trochę?
– Od tego łażenia w tę i we wtę cholernie zaschło mi w gębie. Nalej mi, kochanie.
– Chcecie obie popełnić samobójstwo? – zainteresował się Nerwusik.
– To nie nas zalewa pot, prawda?
– Istnieją trucizny zabijające człowieka siedzącego obok tego, kto je połknął – oznajmiła nagle Wykałaczka.
Były sierżant osunął się na krześle.
– Niech cię szlag, słyszałem o nich. Zabiłaś mnie!
– Spokojnie – odezwała się Niewidka. – Ona robi sobie z ciebie jaja, Nerwusik. Daję słowo. Mam rację, Wykałaczka?
– Hmm...
– Powiedz mu to szybko, bo wbiję ci ten nóż w gardło.
– Ehe, to był żart. Chciałam cię nabrać, nic więcej. Poza tym, jeśli masz skłonność do pocenia się, to znaczy, że jesteś odporny.
– Chyba masz mnie za idiotę, Wykałaczka. I ty też, Niewidka!
Żadna z kobiet nie zaprzeczyła. Falarczyk warknął ze złością, wyrwał dzbanek Niewidce, uniósł go demonstracyjnie do ust i wypił całą zawartość w akompaniamencie głośnych łyków. Jego nadmiernie wielka grdyka podskakiwała gwałtownie, jakby próbował przełknąć korek.
– Nieustraszony idiota – rzekła Niewidka, kręcąc głową.
Nerwusik ssał jeszcze przez chwilę końce wąsów, po czym postawił pusty dzbanek na blacie z głośnym stukiem i beknął.
Dziewka zaniosła do stolika trojga nieznajomych butelkę białego nektaru morelowego. Po krótkiej rozmowie oddaliła się, podrzucając guzowatą głową. Atrakcyjnie pulchna kobieta i Mekhar nalali sobie spore porcje trunku, wznieśli w śmiałym toaście kubki ku Malazańczykom i pociągnęli pierwszy łyk.
– Tylko popatrz – odezwała się z uśmiechem Niewidka. – Jaki piękny zielony kolor.
Kobieta wstała i ruszyła w ich stronę.
Nerwusik położył dłoń na rękojeści krótkiego miecza.
– Chcecie nas zabić albo coś? – zapytała kobieta, mówiąc po malazańsku z silnym akcentem Siedmiu Miast. Twarz miała straszliwie zasępioną. – To jakieś paskudztwo!
– Z czasem robi się lepsze – zapewniła Niewidka, mrugając niewinnie.
– Naprawdę? A kiedy?
– Ludzie zajmujący się balsamowaniem zwłok bardzo chwalą ten trunek.
Kobieta prychnęła pogardliwie.
– Cholerni Mezla. To oznacza wojnę.
Odwróciła się i ruszyła lekko chwiejnym krokiem do stolika.
Okazało się, że kelnerka czekała na zapleczu. Podeszła do stolika, gdy tylko kobieta z Siedmiu Miast usiadła na krześle. Po krótkiej rozmowie dziewka znowu podrzuciła głową i oddaliła się człapiącym krokiem.
Butelkę, którą przyniosła, wykonano z pięknego wielobarwnego szkła. Miała kształt olbrzymiego owada.
– To dla was! – warknęła. – Więcej już się w to nie bawię. Nie dbam o napiwki. Myślicie, że nie umiem się połapać, o co chodzi? Tu dwie kobiety i jeden mężczyzna, a tam jedna kobieta i dwóch mężczyzn? Jesteście obrzydliwi! Powiem kierownikowi. Na pewno nikt na tym nie straci, jeśli zabroni wstępu takim jak wy!
Odwróciła się błyskawicznie i odmaszerowała dumnym krokiem na zaplecze, czy gdzie tam właściwie przycupnęli kierownicy, pogrążeni w ponurej nerwowości typowej dla ich rodzaju.
Troje Malazańczyków nie odzywało się przez dłuższy czas. Wszyscy gapili się na pokraczną butelkę.
Wreszcie Wykałaczka oblizała wyschnięte wargi.
– Od samca czy od samicy? – zapytała.
– Od samicy – odparł Nerwusik cienkim, ochrypłym głosikiem. – Powinno smakować... słodko.
Niewidka odchrząknęła.
– Właśnie wygrali wojnę, tak?
– To była paskudna rzeź – uściśliła Wykałaczka, patrząc na nią.
Nerwusik jęknął.
– Musimy to wypić?
Kobiety pokiwały głowami.
– No cóż, kiedyś wpadłem prosto na drużynę Karmazynowych Gwardzistów...
– Zleciałeś z drzewa.
– ...i uszedłem z życiem. Stanąłem też raz na drodze szarżującego dzika...
– To nie był dzik, tylko knur Biegunka, Nerwusik, a ty chrząknąłeś jak maciora.
– ...i w ostatniej chwili przeskoczyłem nad jego grzbietem...
– Cisnął cię na mur.
– ...więc jeśli ktoś z nas ma odwagę spróbować pierwszy, to z pewnością ja. – Sięgnął po butelkę Quorlowego Mleka i przyjrzał się znakowi na zatyczce. – Produkcji Zielonych Moranthów. Tani gatunek. Można się było tego spodziewać.
Normalnie wypijało się tylko naparstek. Napój sprzedawano wyłącznie kobietom, które chciały zajść w ciążę. Może był skuteczny, a może nie. Niewykluczone, że po prostu wywołany nim szok prowadził do poczęcia. Organizm był gotów zrobić wszystko, by uniknąć kolejnej dawki.
Wykałaczka wyciągnęła jasną chusteczkę i pomachała nią nad głową. Doszła do wniosku, że będą musieli ofiarować im pokoje co najmniej na tydzień.
My, Mezla, dostaliśmy po głowie. Bogowie, był już najwyższy czas poznać kogoś wartego poznania.
To prawie wynagrodzi nam smak Quorlowego Mleka.
Nerwusik wypił łyk i odstawił butelkę. A potem zemdlał. Osunął się na ziemię, jakby nie miał kości, ale jego głowa trzasnęła głośno o bruk.
Prawie nam wynagrodzi.
Sięgnęła z westchnieniem po butelkę.
– Całe szczęście, że twoja stopa jest wykastrowana, kochanie – oznajmiła Niewidce.
– Chyba chciałaś powiedzieć jałowa?
– Aż taka naiwna to nie jestem. Dopilnuj, żeby obiecali wezwać dla nas powóz, zanim wypijesz.
– Zrobię to. Do zobaczenia jutro, słodziutka.
– Ehe.
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 03 września 2011, 23:46 - sob

– Och, gęstość krwi! Darudżystan i jego sto tysięcy serc, a każde z nich bije nie dla kogo innego jak dla tego zdrowego, nadzwyczaj hojnego bywalca gospody „Pod Feniksem”, który siedzi tu, przy najwspanialszym stoliku, chociaż Meese powinna coś zrobić z tą za krótką nogą, nie, nie moją, aczkolwiek to by było zachwycające i znacznie by wykroczyło poza zwyczajową obsługę klientów w tym wspaniałym lokalu... hm, na czym to Kruppe stanął? Tak, gdzie nigdy nie braknie złowrogich kompanów, z którymi można przesiedzieć całą noc. Powiedzcie jasnowidzącemu Kruppemu, przyjaciele, dlaczego waszym rozpromienionym twarzom zadają kłam wylęknione spojrzenia? Czyż Kruppe nie obiecał niezliczonych darów? Złagodzenia napięć? Powstrzymania paniki? Wypełnienia sakiewek drogocennymi błyskotkami? Wypijcie... och, najpokorniej przepraszam, za chwilę zamówimy więcej. To obietnica nadzwyczaj istotna, gdybyśmy zechcieli wznieść toast za to, za tamto, i być może również za owo!
– Mamy wieści – oznajmił Plama, najwyraźniej zaskoczony własnymi słowami. – Jeśli zamkniesz na chwilę jadaczkę, ty również je usłyszysz.
– Wieści! Ależ Kruppe to uosobienie wieści. Szczegóły, analizy, reakcje szarego człowieka z ulicy, wszystko to przedstawione w mgnieniu oka i w jednym sapnięciu. Któż potrzebowałby czegoś więcej? Ten nowy obłęd, którego świadkami jesteśmy teraz co tydzień, wszystkie te bele workowej tkaniny zmarnowane na płachty, na których jakiś fioletowy głupiec powtarza najobrzydliwsze plotki, a przecież to tylko szmaty dla szmaciarzy albo papier do podcierania dupy dla dupków, czy nawet skandale dla skandalistek, niech bogowie błogosławią ich kobiece sztuczki. Kruppe jest poirytowany tą nobilitacją przypadkowej sytuacji. Te indywidua twierdzą teraz, że to ich zawód, jakby ujadające psy potrzebowały pretekstu, by warczeć i szczekać! Co się stało ze zwyczajną przyzwoitością? Z przyzwoitą zwyczajnością? To co przyzwoite rzadko bywa zwyczajne. Tak wygląda prawda, podczas gdy jej przeciwieństwo jest przewrotne w swej wywrotowej ironii. Zgodzicie się z tym? Kruppe się zgodzi, bo zawsze był zgodny...
– Znaleźliśmy Torvalda Noma!
Grubasek zamrugał, spoglądając na Leffa, a potem na Plamę. Być może zauważył niedowierzanie odbijające się w twarzy tego drugiego, bo przeniósł wzrok z powrotem na Leffa.
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 03 września 2011, 23:46 - sob

Czy przyjdziecie mi powiedzieć, gdy muzyka się skończy,
Gdy muzyków pochłoną płomienie,
Gdy instrumenty poczernieją i obrócą się w popiół,
Gdy tancerze przewrócą się, a ich chore kończyny
Zgniją, tracąc powoli skórę?

Czy przyjdziecie mi powiedzieć, gdy muzyka się skończy,
Gdy gwiazdy, które wynieśliśmy na niebo, wydadzą z siebie ryk,
A chmury, z których uczyniliśmy widzialny gniew, eksplodują
Gdy promienni książęta przywileju przemaszerują obok z martwymi uśmiechami,
Zrzucając z twarzy szereg oszukańczych masek?

Czy przyjdziecie mi powiedzieć, gdy muzyka się skończy,
Gdy rozum utonie w bagnie zabobonu,
Tocząc wojnę dziesięciu tysięcy armii ukąszonych przez bicz,
Gdy przestaniemy unosić wzrok i rozpoczniemy szaloną ucieczkę
W nicość głupoty przy akompaniamencie wrzasku niebiańskich chórów?

Czy przyjdziecie mi powiedzieć, gdy muzyka się skończy,
Gdy muzycy będą jedynie czarnymi, uśmiechniętymi tyczkami,
A śmiertelne krzyki wszystkich instrumentów poniosą się nad traktem,
Gdy tym, którzy jeszcze żyją, wytnie się usta,
A z powstałych otworów popłynie wieczny trupi wiatr?

Czy przyjdziecie mi powiedzieć, gdy muzyka się skończy,
Ogień pochłania mój oddech i pieśń przesyca cierpienie,
Gdy moje palce łamią się na strunach i odpadają od dłoni,
A wszystkie mięśnie wykręcają się od tańca jak płonące sznury
I wasz śmiech podąża za moim rozsypującym się trupem?

Czy nie przyjdziecie mi powiedzieć, gdy muzyka się skończy,
Gdy będę mógł pierzchnąć i spojrzeć w twarz jednemu albo tysiącowi bogów,
Bądź też napotkać nicość, błogosławieństwo zapomnienia,
Gdy będę mógł otworzyć puszkę i uwolnić okrutną, gorzką złość
Na wszystkich szalonych głupców tłoczących się w drzwiach w panicznej ucieczce?

Patrzcie na mnie, patrzcie, oczami szeroko rozwartymi
Z niedowierzania, grozy, gotowi dać wyraz oburzeniu,
A wykrzyczane przez was „Nie” jest jak werbel oznajmiający prawdę:
Muzyka się kończy, przyjaciele, moi odrażający, podli przyjaciele, i patrzcie,
Jak zatrzaskuję mocno drzwi przed waszymi nosami!



Muzyka się kończy
Rybak kel Tath
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 03 września 2011, 23:46 - sob

– Widzisz, Samar Dev? – odezwał się Karsa z szyderczym uśmieszkiem. – Jak mawiał mój dziadek, wilk nie obwąchuje odbytu niedźwiedzia.
– Twój dziadek był spostrzegawczy – stwierdził Wędrowiec.
– W większości spraw był głupcem, ale nawet głupcy potrafią powtarzać plemienne mądrości. – Karsa ponownie spojrzał na Samar Dev. – Nic ci nie grozi, czarownico.
– Od innych z pewnością – warknęła w odpowiedzi.
Skurczybyk roześmiał się tylko.
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 03 września 2011, 23:46 - sob

P.S. Kolejny bogaty up z cytatami (głównie rozmowami) - tym razem z Myta Ogarów t. 1:)
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 27 października 2011, 23:46 - czw

– Mam bardzo ważne spotkanie.
Iskaral Krost, z którego twarzy wciąż nie znikał wyjątkowo przypochlebny uśmiech, tylko skinął głową.
– Chodzi o oficjalne sprawy świątyni – dodała z uśmiechem Sordiko Qualm.
Mężczyzna ponownie skinął głową.
– Nie pragnę eskorty.
– Nie potrzebujesz jej, wielka kapłanko – zapewnił Iskaral Krost. – Będziesz miała mnie! – Przechylił głowę i oblizał wargi. – No pewnie! Hi, hi! Przekona się, że dostanie ode mnie więcej, niż uważała za możliwe. Stanę się wielkim chodzącym penisem!
– Już nim jesteś – zauważyła Sordiko Qualm.
– Jestem? Czym jestem, najdroższa? Musimy szybko ruszać, bo się spóźnimy!
– Iskaralu Krost, nie chcę, żebyś ze mną szedł.
– Ciągle to powtarzasz, ale twoje oczy mówią co innego.
– Za to, co mam w oczach, mogłabym zadyndać na Górnym Wzgórzu Szubienicznym. Zakładając oczywiście, że całe miasto nie eksplodowałoby spontaniczną radością na wieść o twojej okrutnej śmierci i obywatele nie posadziliby mnie przez aklamację na tronie ze szczerego złota.
– Co ona gada? Nikt nawet nie wie, że tu jestem! Po co mi złoty tron? I po co jej, skoro może mieć mnie? – Raz jeszcze oblizał wargi i na jego twarzy znowu pojawił się uśmiech. – Prowadź, moja ukochana. Obiecuję, że na oficjalnym spotkaniu będę się zachowywał nader oficjalnie. W końcu jestem Magiem Wielkiego Domu Cienia. Nie tylko wielkim kapłanem, ale olbrzymim kapłanem! Gigantycznym kapłanem! Nie będę wygłaszał swej opinii na żaden temat, chyba że mnie o to poproszą, oczywiście. Będę poważny i mądry, całą paplaninę pozostawię swej słodkiej podwładnej. – Pochylił się. – Z którą już niedługo będę się podwładał! – dodał.
Jej dłonie zadrżały w dziwny, w gruncie rzeczy bardzo kuszący sposób. W ślicznych oczach pojawiła się rezygnacja. Iskaral Krost będzie mógł wspominać ten cudowny obraz późną nocą, leżąc pod kocem z Mogorą chrapiącą przez wypełniony kokonami z pajęczymi jajami nos.
– W rzeczy samej będziesz milczał, Iskaralu Krost. Ta, z którą muszę porozmawiać, nie toleruje głupców, a gdybyś uraził ją w fatalny sposób, nie będę cię bronić. – Potrząsnęła głową. – Nie potrafię jednak sobie wyobrazić, że mógłbyś tego nie zrobić. Być może powinnam wycofać swe ostrzeżenie, w nadziei że swym zachowaniem ściągniesz na siebie natychmiastową zagładę. Będę wtedy mogła wygnać stąd te paskudne bhok’arala i twoją równie paskudną żonę. – Na jej twarzy nagle pojawiło się zaskoczenie. – Posłuchaj, co mówię! To miały być prywatne myśli! Wywierasz na mnie fatalny wpływ, Iskaralu Krost!
– Wkrótce będziemy do siebie podobni jak dwie krople wody! Błyszczące krople, które zraszają wszystko, a zwłaszcza włosy łonowe, gdy człowiek musi się odlać w krzakach. – Sięgnął ku niej. – Ruszymy ulicami, trzymając się za ręce!
Odniósł wrażenie, że Sordiko się wzdrygnęła, ale rzecz jasna to tylko jego krucha, niepewna samoocena i płynące z niej uporczywe lęki. Szybko pogrzebał je pod kolejnym przypochlebnym uśmiechem.
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 27 października 2011, 23:46 - czw

Pod poobtłukiwaną tarczą nieba
Mężczyzna siedzi w czarnym siodle na grzbiecie karego konia.
Spod żelaznego hełmu spływają długie siwe włosy.
Nie wie, jak się tu znalazł,
Wie tylko, że nie jest nigdzie,
A miejsce, gdzie powinien się znaleźć, może być blisko.
Jego broda ma kolor brudnego śniegu,
A do oczu nigdy nie dotrze odwilż.

Koń pod nim nie oddycha,
Podobnie jak on, a wiatr zawodzi głucho
W zagłębieniach jego przerdzewiałej łuskowej kolczugi.
To zbyt wielki wysiłek odwrócić się, by zobaczyć
Jeźdźców, zbliżających się – jeden z lewej, a drugi z prawej –
Na martwych koniach o pustych oczach. Ściągają wodze
I zatrzymują się bezgłośnie, dziwnie znajomi,
Uznając jego przywództwo.

Ziemia pod tymi trzema jest pozbawiona życia,
A w nich popioły poruszają się, obudzone trenem
Złowrogich wspomnień przeradzających się w żal.
Ale wszystko to już przeszłość i konie się nie poruszają.
Spogląda więc w prawo, zaciskając szczęki,
Na jednooką twarz, którą ongiś znał, choć niezbyt dobrze,
I ironiczny uśmiech rodzi w nim nagłe pragnienie,
Pyta więc: „Czy czekają, kapralu?”.

„Przekazane w spadku i wypuszczone na martwą równinę, sierżancie.
Czyż nie tego właśnie pragnąłeś?”.
Może jedynie wzruszyć ramionami i przenieść spojrzenie na drugiego.
„Widzę twój strój i wiem, że cię znam, ale cię nie poznaję”.
Czarna broda i mroczne oblicze, czoło jak pęknięty bazalt,
Potężny mężczyzna w zbroi, którą niewielu zdołałoby udźwignąć,
Odpowiada na te słowa z grymasem na twarzy:
„Poznaj więc, jeśli raczysz, Brukhaliana z Szarych Mieczy”.

Niepewny grunt, na którym stoją, wypełnia tętent,
Nie zjawia się nagle, lecz narasta jak budzące się serce,
A jego echa dobiegają od tarczy na górze,
Niby żelazo dźwięczące od szarży tego, co musi się stać.
„A więc Podpalacze Mostów znowu ruszają na wojnę”.
Na co Brukhalian dodaje: „Tak samo jak ci, z Szarych Mieczy, którzy polegli,
A ten, kogo zwiesz kapralem, narodził się ponownie tylko po to, by zginąć,
Jako nowy most wzniesiony między tobą a mną”.

Obracają swe nieoddychające wierzchowce,
By spojrzeć na szyki zbite w masę na równinie.
Ruszają na wojnę z miejsca, gdzie ongiś byli,
Gdzie wszystko, co ongiś wiedziano, wie się znowu.
W tym miejscu wrzos nigdy nie kwitnie,
Krwi, która ma być rozlana, nigdy się nie rozlewa,
Sui Etkar, Ptak Który Kradnie, siedzi na karym koniu
I znowu zamierza dowodzić.



Miecz i tarcza
Rybak kel Tath
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 27 października 2011, 23:46 - czw

Quell utworzył portal prowadzący do królestwa Kaptura – wąski, wydłużony płat przypominający szparę między rozsuniętymi zasłonami. Buchnął z niego chłodny, martwy powiew, wzbijając piasek w górę. Zrzęda poczuł, że szczypią go oczy. Obejrzał się za siebie i zobaczył, że Amby i Jola machają do niego rękami. Potem podążył za magiem przez rozdarcie.
Znaleźli się na szczycie wzgórza, jednego z długiego łańcucha. Wszystkie wzniesienia były tak do siebie podobne, że wyglądały jak gigantyczne kurhany, choć Zrzęda nie miał pojęcia, po co ktoś miałby usypywać kurhany w królestwie śmierci.
Rozpościerającą się przed nimi szeroką dolinę wypełniała rzeka szarych postaci. Dziesiątki tysięcy umarłych. Wystrzępione sztandary zwisały bezwładnie z drzewc, odporne na zawodzący głośno wicher. Broń połyskiwała stłumionym blaskiem.
– Bogowie na dole – wyszeptał Quell. – Zgromadził cały zastęp.
– Na to wygląda – zgodził się Zrzęda, czując się z kordelasami w dłoniach jak idiota. Wsunął je pośpiesznie do pochew pod pachami. – Zejdziemy na dół?
– Wolałbym nie.
– To świetnie. Widziałeś już wystarczająco wiele? Możemy wracać?
– Spójrz, zbliża się jeździec.
Koń był tak samo martwy jak mężczyzna, który na nim jechał. Chude, zasuszone zwierzę pokrywały cętki w miejscach, gdzie wytarła się sierść. Wierzchowiec i jeździec nosili zbroje z utwardzanej skóry. Spękane, pokryte plamami płaty powiewały na wytartych rzemieniach. Wojownik ciągnął za sobą wystrzępioną pelerynę, powiewającą na wietrze jak uszkodzone skrzydło. Kiedy się zbliżył, Zrzęda zaklął pod nosem.
– Nosi maskę. To cholerny Seguleh!
Sięgnął po broń.
– Na oddech bogów, Zrzęda, nie rób tego!
Tylko ze sporym wysiłkiem zdołał opuścić ręce. Krew w jego żyłach stała się gorąca jak ogień. Śpiąca w nim bestia pragnęła się obudzić, najeżyć sierść i obnażyć kły. Chciała rzucić wyzwanie temu... stworowi. Zapanował nad sobą z drżeniem i obserwował jeźdźca, który zatrzymał się na szczycie kilkanaście kroków na prawo od nich, ściągając mocno wodze i zawracając konia w ich stronę.
– To dopiero jest życie! – ryknął Seguleh. Odchylił głowę i zaśmiał się jak szaleniec. Potem pochylił się w siodle i wyprostował głowę, zamiatając długimi, brudnymi włosami jak kawałkami sznurka. – No cóż – podjął z nutą wesołości. – Nie do końca. Ale coś podobnego. Całkiem podobnego. Powiedzcie mi, śmiertelnicy, podoba się wam moja armia? Bo mnie tak. Wiecie, z czym przede wszystkim musi walczyć dowódca? Bardziej niż z nieprzyjacielem stającym przeciwko niemu na polu bitwy, czy z kryzysami woli bądź wiary we własne siły? Bardziej niż z nieprzychylną pogodą, przerwanymi szlakami zaopatrzenia, zarazą i całą resztą? Wiecie, z czym dowódca toczy wieczną wojnę, przyjaciele? Powiem wam. Prawdziwym wrogiem jest strach. Strach prześladujący wszystkich żołnierzy, a nawet zwierzęta, na których jeżdżą. – Uniósł zakutą w pancerną rękawicę dłoń i wskazał nią na dolinę. – Ale ta armia jest inna! Tak jest. W końcu strach należy do żywych.
– To tak jak w przypadku T’lan Imassów – zauważył Zrzęda.
W mrocznych, wydłużonych szparach na oczy pojawiły się lekkie błyski. Seguleh spojrzał na Zrzędę.
– Szczeniaku Trake’a, chciałbyś skrzyżować ze mną oręż? – Zaśmiał się cicho. – Masz rację, tak jak w przypadku T’lan Imassów. Nic dziwnego, że Jaghutów ogarnęła trwoga.
Quell odchrząknął.
– Mógłbyś nam powiedzieć, po co Kapturowi armia? Czyżby wyruszał na wojnę z żywymi?
– Gdybyż tylko – mruknął Seguleh. – To nie jest miejsce dla was. Jeśli w najbliższym czasie znowu przyciągniecie tu tę swoją upiorną karetę, odszukam was osobiście. I wtedy kociak Trake’a będzie mógł spełnić swe rozpaczliwe pragnienie, ha! – Obrócił się w siodle. Zbliżali się inni jeźdźcy. – Spójrzcie na nich. To psy, które mnie strzegą. „Bądź rozsądny”. Też coś. Czy porąbałem tych dwóch intruzów na kawałki? Nie zrobiłem tego. Okazałem umiar. – Znowu spojrzał na dwóch przybyszy. – Potwierdzicie to, tak?
– Pomijając fakt, że próbowałeś sprowokować Zrzędę, tak, zapewne możemy to potwierdzić – zgodził się mag.
– To był żart! – zawołał Seguleh.
– To była groźba – poprawił go Quell. Zrzędzie zaimponowała odwaga, którą nagle okazał mag.
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 27 października 2011, 23:46 - czw

Te sprawy nigdy nie były aż tak cenne.
Wysłuchajcie ptaka w klatce, gdy przemawia
Głosem umierającego człowieka; po jego odejściu
Głos żyje nadal i wygłasza puste
Zapewnienia w boleśnie przypadkowym porządku.

Nie wiem, czy potrafiłbym z tym żyć,
Czy zdołałbym znaleźć zbroję, gdy nieludzki dziób się otwiera,
By przypomnieć umarłego, a łebek się unosi,
Jakby zamieszkał w nim duch tego,
Kto wyobraża sobie brak sensu, oczekującą pustkę.

Klatka jest zamknięta i opadający co noc całun
Ucisza komentarze niemożliwych apostołów
Duchów, bożków i bezdennej otchłani, nieprzeniknionej zasłony
Dzielącej żywych od umarłych, tych tutaj, od nieobecnych
A żaden most nie ułatwi podróży bólu.

Te sprawy nigdy nie były aż tak cenne.
Słuchajmy ptaka, który gada i gada,
I gada, a ten, który zaniknął,
Ojciec, odszedł, znając nieznane.
A on gada i gada, i gada
Głosem mojego ojca.



Ptak w klatce
Rybak kel Tath
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 27 października 2011, 23:46 - czw

Kallor zastanawiał się przez chwilę nad tymi słowami. Wreszcie chrząknął.
– Nie znam zbyt dobrze historii Jaghutów – przyznał. – Co to była za wojna? Z K’Chain Che’Malle? Z Forkrul Assailami? – Przyjrzał się uważniej smokowi. – A może z wami? Z Eleintami?
Nie – odparło stworzenie pełnym smutku głosem. – Choć niektórzy z nas przyłączyli się do tej wojny i walczyli u boku jaghuckich armii...
– Armii? Jaghuckich armii?
Tak. Zebrał się cały ich lud, zastęp o szczególnie silnej woli. Niezliczone legiony. Ich sztandarem był gniew, a hasłem bojowym niesprawiedliwość. Gdy wymaszerowali, tłukąc mieczami o tarcze, sam czas znalazł swą miarę, rytm stu milionów serc z ostrego żelaza. Nawet ty, wielki królu, nie potrafiłbyś sobie wyobrazić podobnego widoku. Twoje imperium było zaledwie podmuchem w porównaniu z tym straszliwym sztormem.
Choć raz Kallor nie miał nic do powiedzenia. Nie wygłaszał wzgardliwych uwag, nie próbował wyśmiać słyszanych słów. Wyobraził sobie opisywaną przez smoka scenę i zaniemówił. Być świadkiem czegoś takiego!
Bestia najwyraźniej zauważyła wypełniającą go bojaźń.
Tak, wielki królu. Gdy stworzyłeś swoje imperium, wyrosło ono na pyle tamtych czasów, owego wielkiego konfliktu, niezwykle śmiałego ataku. Walczyliśmy. Nie chcieliśmy się cofnąć. Przegrywaliśmy. Ginęliśmy. Tak wielu z nas zginęło. Czy powinniśmy byli wierzyć, że jest inaczej? Trzymać się wiary, że nasza sprawa jest słuszna, nawet gdy uznaliśmy, że jesteśmy zgubieni?
Kallor gapił się na smoka, nie zważając na gotującą się w garnku herbatę. Słyszał niemalże echa dziesiątków, setek milionów konających na równinie tak rozległej, że nigdzie nie było widać horyzontu. Widział płomienie, rzeki krwi, niebo przesłonięte grubą warstwą popiołu. By stworzyć ów obraz, musiał jedynie odwołać się do własnej żądzy zniszczenia, a następnie pomnożyć ją tysiąckrotnie. Ta myśl zaparła mu dech w piersiach, wybiła powietrze z płuc i wypełniła pierś bólem.
– Co? – zapytał. – Kto? Jaki wróg mógłby pokonać taką potęgę?
Zapłacz nad Jaghutami, wielki królu, gdy wreszcie zasiądziesz na tym tronie. Zapłacz nad łańcuchami skuwającymi wszelkie życie, łańcuchami, których nigdy nie skruszysz. Zapłacz nade mną i nad moimi poległymi kuzynami, którzy bez wahania przyłączyli się do niemożliwej do wygrania wojny. Zapamiętaj na zawsze w swej duszy, Kallorze Eidorann, że Jaghuci wyruszyli na wojnę, jakiej nikt inny nie odważył się toczyć.
– Eleincie...
Pomyśl o nich wszystkich. Pomyśl, wielki królu. O poświęceniu, jakiego dla nas dokonali. Pomyśl o Jaghutach i o niewiarygodnym zwycięstwie, jakie odnieśli w chwili klęski. Pomyśl o tym, a zrozumiesz wszystko, co się wydarzy. Być może ty jeden będziesz wiedział wystarczająco wiele, by uczcić ich pamięć, ich poświęcenie dla nas wszystkich. Wielki królu, Jaghuci swą największą, jedyną wojnę toczyli z samą Śmiercią.
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 27 października 2011, 23:46 - czw

Nie widać go, jest jednym z tłumu, nikt go nie zauważa,
Ale nie lekceważ jego niepozornej twarzy,
Nie wczołguj się do środka, by odnaleźć niespodziewany strumień
Mrocznej grozy płynący z miejsca na miejsce.

Jest pospolity, niczym się nie wyróżnia,
Ten, kto nie pozwala nikomu wejść po nierównych stopniach
W głąb oczu, w których tonie samotna gwiazda,
Jaką śmiało dzielimy się w toni człowieczeństwa.

Nie jest twoim bratem, nikogo nie zbawił,
Podchodzi bliżej, by przeszukać twoje ubranie,
Odepchnij wątłą rękę, próbującą obudzić
Płomień współczucia (zmokłą, więdnącą różę).

Oskubał swój ogród do nagich kości,
Wyszarpnął każdy kawałek ciepłego ciała
Swym strachem jak pazury i nerwowymi zębami,
Gdy wędruje sam po pokrytym popiołami pustkowiu.

Patrzę przerażony, jak siada na naszym błogosławionym tronie,
By zdjąć płaszcz wstydu niby całun
I przywołuje dla nas iluzję ciepłego domu,
Azylu niegodnego jego uwagi, jako jeden z tłumu.

Źródłem jego siły jest nasza obojętność,
Brak poczucia wspólnoty, połączonej woli,
Która podniosłaby bunt przeciwko niemu.
I dlatego zabija nas jednego po drugim.


Król zasiada na tronie
(Wyryte na Murze Poetów w Królewskich Lochach w Uncie).
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 27 października 2011, 23:46 - czw

Fragment historii Kallora...



Kallor doszedł do wniosku, że zdarzają się chwile, gdy nie może znieść własnego towarzystwa. Dzień napawał się swą obojętnością, palący blask słońca przesuwał się ospale po elementach krajobrazu. Trawy wczepiały się w twardą ziemię, tak jak zawsze, a ich nasiona unosiły się na wietrze, jak na tchnieniach nadziei. Płowe gryzonie stały na straży przy swych norach i ostrzegały współbraci szczekaniem, gdy przechodził. Od czasu do czasu na jego drogę padały cienie kołujących wysoko jastrzębi.
O dziwo, pogarda dla samego siebie sprawiała mu ulgę. Wiedział, że nie jest osamotniony w tym uczuciu. Pamiętał czasy, gdy siedział na tronie, jakby stopił się z nim w jedną całość, nieruchomy i niewzruszony jak jeden z jego posągów pod pałacem (którymś z jego niezliczonych pałaców) i czuł wzbierającą falę nienawiści. Dziesiątki, setki tysięcy poddanych jak jeden mąż życzyły mu śmierci, pragnęły, by strącono go z tronu i rozerwano na strzępy. Czym jednak był, jeśli nie idealnym uosobieniem wszystkiego, czym brzydzili się w samych sobie? Któż spośród nich nie pragnąłby zająć jego miejsca? Któż nie rzucał plugawych kalumnii na tych, którzy obrażali go samym swym istnieniem?
W końcu Kallor był wcieleniem chciwości. Wielokrotnie udawało mu się zagarnąć to, po co inni mogli tylko sięgać, weprzeć swą władzę arsenałem broni z całego świata i za jego pomocą nadawać temu światu taką postać, jaka mu odpowiadała. Każdy robiłby to samo, gdyby tylko mógł. Tak jest, mogli, a nawet musieli, go nienawidzić, ponieważ był idealnym wcieleniem sukcesu i samym swym istnieniem drwił z ich porażek. A co z przemocą, której się wobec nich dopuszczał? Spójrzcie tylko, jak wygląda to w mniejszej skali. Wszędzie tak samo. Mąż, który nie może zadowolić żony, okłada ją pięściami. Młodociany ulicznik obala nieszczęsną ofiarę na bruk i wykręca jej rękę. Szlachcic przechodzi obojętnie obok głodującego żebraka. Złodziej ze swym chciwym spojrzeniem... nie, żaden z nich nie różnił się od niego niczym zasadniczym.
Nienawidźcie więc Kallora, jak on siebie nienawidzi. Nawet w tym jest lepszy. Wrodzona wyższość wyraża się na wiele rozmaitych sposobów. Spójrzcie, jak świat zgrzyta zębami, a on odpowiada mu mądrym uśmiechem.
Szedł wciąż przed siebie. Początek drogi zostawił już daleko z tyłu, a jej cel zbliżał się nieubłaganie z każdym krokiem. Niech strażnicy sobie szczekają, niech jastrzębie spoglądają nań ostrożnie. Nasiona czepiają się jego spodni, szukając nowych światów. Idzie, a wspomnienia w jego umyśle otwierają się niczym koperty z wytartego pergaminu, pożółkłe i popękane, wyciągnięte z dna jakiegoś worka, sypiące deszczem spłaszczonych ciem i owadzich trucheł.
Kroczy korytarzem o wysadzanych klejnotami ścianach, a po pobladłej twarzy spływa mu krew. Ciągnie za kostkę trupa żony, kolejnej w niepoliczonym korowodzie. Bezwładne ręce suną za ciałem jak martwe węże, którym poderżnięto gardła. Nie było żadnego ostrzeżenia, jej oczu nie pokrywała patyna kurzu, gdy spojrzała na niego dziś rano, gdy ustawiał na stole między nimi Świece Stuleci. Zaproponował, że podzieli się z nią przedłużonym życiem, obietnicą wiecznego pożerania. Czekającej ich uczcie nie byłoby końca, nigdy nie musieliby okazywać niczego, co choć trochę przypominałoby umiar. Mogli mówić i żyć językiem przesytu, kreślić mapy nieskończonej ekspansji, wykuwając ambicje, które nagle stały się realne. Nic nie mogłoby ich powstrzymać, nawet śmierć.
I nagle, niby krew tryskająca z przebitej tętnicy, zawładnął nią obłęd. To nie mogło być nic innego. Tylko szaleniec odrzuciłby tak wiele. Wszystko co jej oferował. Tak wiele siebie samego, tak jest. Tak przynajmniej powtarzał sobie wówczas i jeszcze przez dziesięciolecia później.
Teraz jednak rozumiał, dlaczego odebrała sobie życie. Ofiarując żonie wszystko, pokazał jej, do czego jest zdolna. Ujrzała bezdenną otchłań swej potencjalnej nieprawości, okropności, jakich będzie się dopuszczała, zerwanie ostatnich nici wrażliwości, co uczyniłoby jej sumienie gładkim i chłodnym w dotyku, czymś może żywym, a może nie, czymś, czego nic już nie obudzi. Tak, ujrzała, jak daleko mogłaby się posunąć... i powiedziała „nie”.
Kolejna słodka koperta, wypełniona wonią kwiatów. Klęczał przy Vaderonie, swym bojowym rumaku. Zwierzę krwawiło czerwoną pianą, nie spuszczając z Kallora spojrzenia widocznego oka, jakby chciało go zapytać: „Czy było warto? Co kupiłeś za moje życie, moją krew, kres moich dni?”.
Ze wszystkich stron otaczało go pole bitwy. Stosy trupów i konających, ludzi i zwierząt, Jhecków i Tartheno Toblakai, a także garstka Forkrul Assailów – każdy był otoczony przez setki zabitych wrogów, tych, którzy osłaniali swych wodzów, ale nie zdołali powalić demonów. Nigdzie nie było skrawka suchej ziemi. Płytkie morze krwi krzepło w upale. Więcej było oczu wpatrujących się w pustkę niż tych, które przesuwały się po koszmarze w poszukiwaniu przyjaciół i krewnych.
Słyszał jakieś głosy, ale wydawały się dalekie, odległe o wiele mil od miejsca, gdzie Kallor klęczał przy Vaderonie, nie mogąc oderwać spojrzenia od jego oka. Obietnice braterstwa wdeptano w szkarłatne błoto. Niewypowiedziane przysięgi honoru i odwagi, służby i nagrody, spływały po złamanym drzewcu włóczni sterczącym z szerokiej końskiej piersi. Tak, Vaderon stanął dęba, by powstrzymać to pchnięcie, wymierzone w samego Kallora. Rumak był za głupi, by cokolwiek pojąć. Nie rozumiał, że to jego pan zaczął tę wojnę, że cieszył się z rzezi i zniszczenia.
Że ten pan, Kallor, który klęczał teraz u jego boku, był w rzeczywistości brutalnym, zasługującym na pogardę człowiekiem, workiem skóry wypełnionym jadem i złośliwością, zawiścią i samolubnym gniewem dziecka, które, gdy coś utraci, pragnie odebrać to samo każdemu.
Vaderon konał, ale Kallor miał suche oczy. Przeklinał siebie samego za to, że nie może płakać. Że nie potrafić czuć żalu i wyrzutów sumienia ani obiecać, że następnym razem postara się być lepszy.
Jestem jak ludzkość, powtarzał sobie często. Niezdolny niczego się nauczyć. Żałosny w porażce i mściwy w zwycięstwie. Wszelkie wyobrażalne cnoty mogą być wykorzystane przez tych, którzy mają władzę, aż wreszcie utracą jakiekolwiek znaczenie, staną się trucizną. Gdy widzę, jak dobro zamienia się w podłość, nie robię nic, nie skarżę się ani nie protestuję. Tworzę świat tylko w jednym celu – by przeżuł mnie i wszystkich poza mną. Nie wierzcie tej oszołomionej minie. Zaskakuje mnie wyłącznie głupota, ale ci mądrzy, którzy są we mnie, wiedzą lepiej, och, tak, wiedzą, nawet gdy kłamią bezczelnie, oszukując was i samych siebie.
Kallor szedł przed siebie, a na ramieniu dźwigał worek długi na trzydzieści tysięcy mil, wypełniony kopertami wspomnień. Nie było nikogo, kto byłby podobny do niego. U jego boku biegły duchy koni. Kobiety o przeciętych żyłach uśmiechały się doń bezkrwiście, tańcząc wokół martwych ust. Spójrzcie tam, gdzie płaczą konający, przesuwa się jego cień.
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

Postautor: Odyn » 27 października 2011, 23:46 - czw

Srebrna burza przesłaniała już połowę nieba. Zza horyzontu za nimi dobiegał głośny łoskot gromów, jakby sztorm unicestwiał ziemię, jakby ich świat miał teraz krawędź, pionowe urwisko, które zbliżało się do nich, w miarę jak jedna kamienna kolumna po drugiej osuwała się w głodną otchłań.
Draconusowi przyszło do głowy, że do tej pory każdy z nich był sam, dźwigał własne kajdany i własny łańcuch, a teraz wszyscy są wreszcie razem.
Jesteśmy armią. Ale armią w odwrocie. Spójrzcie na odpadki, które za sobą zostawiamy, na porzuconych towarzyszy. Spójrzcie na ich zaszklone spojrzenia, na zasłonę wycieńczenia. Gdy w końcu ją zerwiemy, ujrzymy rozpacz, którą tak długo w sobie skrywaliśmy niczym czarny, zatruty owoc schowany pod liściem. Prawda się odsłania, gdy wreszcie spojrzymy sobie w oczy.
Czy można znaleźć pocieszenie we wzajemnym uznaniu swej wartości? Przynajmniej tutaj? Gdzie łączy nas wspólny grunt klęski? Jak trupy zaściełające pole bitwy. Jak wzbierające morze czaszek. Czyż takie braterstwo nie jest zbyt gorzkie, by je znieść?
Draconus pragnął... właściwie czego?
Tak jest, wybuchnąć gniewem. Ale najpierw pozwólcie mi zamknąć oczy. Tylko na chwilę. Pozwólcie mi odnaleźć wolę...
"Zdania są jak dupy. Podzielone."
Harry Callahan
Awatar użytkownika
Odyn
Puszkin
 
Posty: 203
Rejestracja: 01 stycznia 1970, 23:46 - czw
Lokalizacja: Kattowitz

PoprzedniaNastępna

Wróć do Steven Erikson

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość